JURA KRAKOWSKO-CZĘSTOCHOWSKA 2014



Spowiedź Pawła...
Na początku był rower. Dostałem go w prezencie od Przemka F., za który już dziękowałem i dziękuję teraz. Nie przeszkadzało mi, że był dla mnie za mały. Przyjąłem go z pokorą. Propozycję dołączenia do wycieczki po Jurze krakowsko-częstochowskiej przyjąłem z chłodnym entuzjazmem, na szczęście więksi ode mnie entuzjaści przekonali mnie i udałem się na trzy dniowy, jak się później okazało, rajd rowerowy...
Przed wycieczką miałem mało, czyli rower (najważniejsze), pożyczyłem sakwę, w którą władowałem ważne i mniej ważne rzeczy, z czasem nabiera się wprawy co w nie pakować. Wiedzieliśmy, że będziemy uprawiać agroturystykę więc śpiwór w sakwie nie był potrzebny. W zasobach niestety żadnej odzieży stricte rowerowej, przez co każda kropla potu mnie denerwowała na bawełnianej koszulce, potem jazda w deszczu i nieoddychający płaszcz przeciwdeszczowy (śmialiśmy się, że wyglądam jak rzeźnik z horrorów).


W ciągu trzech dni przeżyliśmy trzy pory roku... Pierwszy dzień to lato, wręcz upalnie a dopiero początek maja, drugiego wiosna, a trzeciego jesień. Kurczę, jak sobie to przypomnę to było nieźle.
Najważniejszym zadaniem dla mnie w czasie wycieczki była jazda, prosta, pierwotna, niczym nieskrępowana jazda, po drugie nie dać się swoim słabościom i gonić lepszych. Widoki górek, zamków, dolin (ech… pięknych widoków, śniadanie pod zamkiem w Olsztynie niczym chłop odpoczywający po pracy w cieniu książęcej budowli, to jedno z ważniejszych wspomnień) były dla mnie na drugim planie. Niedopasowany rower uwierał mnie z każdym kilometrem .

Pampers prosto z marketu - idealny wypełniacz siodła.

Po tych trzech dniach moje nogi były obolałe, uda były napięte niczym filet z kurczaka, ale z satysfakcją ukończyłem wyprawę, a sukces osiągnięcia mety wypełniał moje ego. Jako że był to pierwszy wyjazd, byłem dumny że się udało, że można, że jest to fajne. Potem przyszła refleksja...,potrzebny jest dopasowany do wzrostu rower, jakiś pampers, może z  czasem lepsze sakwy, żeby wyruszyć nową drogą. Razem...

...to była jego wersja, a nasza brzmi: Coś się przypałętało po drodze...to wzięliśmy jak swoje...tak czy siak, z lepszym czy gorszym skutkiem teraz jeździmy pod banderą No Way Bejb!
Nie przejechaliśmy zaplanowanej trasy..., zrobiliśmy mniej kilometrów niż było w planie..., nie odwiedziliśmy wszystkich miejsc jakie były w zasięgu roweru...ale przynajmniej było wesoło.

Mapnik handmade zrobiony w nocy przed wyjazdem na szybko, trytki rządzą!

Moda rowerowa 2014 



2 komentarze:

  1. Trochę mało jest tutaj zdjęć. Powinno ich być więcej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę szkoda że tych komentarzy na tym blogu jest mało.Powinno ich być więcej.

    OdpowiedzUsuń