PORTUGALIA 2015


Bywa tak, że kierowani własnym wyobrażeniem o danym miejscu oczekujemy fajerwerków. Swoboda naszej wyobraźni potrafi również szybko sprowadzić na ziemię. Czasami dostaniesz brudną szmatą w twarz a czasem poczujesz motyle w brzuchu. Teraz, po powrocie do Polski mamy mieszane uczucia. Nie czujemy 100% spełnienia niesamowitej przygody, ale nie czujemy też totalnego zobojętnienia. Może dlatego, że tym razem było nas tylko dwoje, a Paweł został w kraju? A może fakt, że Europa Zachodnia już tak nie potrafi zachwycać jak kraje mniej rozwinięte? Nasze kultury nie różnią się na tyle by budziły zaciekawienie, oczarowanie. Były chwile, że chcieliśmy wracać, dzień później zostać dłużej. Bywa również tak i to w dużej mierze, że nie ważne miejsce, a ważni ludzie, atmosfera i nastawienie. Ale jak się zastanowić to największy wpływ na nasze emocje miała zmienna pogoda i niższe temperatury niż zapowiadano. Z tajemniczych dla Was przyczyn musieliśmy wybrać termin wyprawy na przełomie listopada i grudnia. Wszystkie prognozy pogody zapowiadały sielski wypoczynek, szczególnie, że tu w Polsce było coraz zimniej. Uśmiech sam się na ryjku pojawiał z myślą, że odwleczemy zimę na jeszcze trochę…


Na wstępie, tradycyjnie podziękowania. Ekipie szalonego busa T3, niech moc będzie z nimi - Ucho, Dymek – dzięki za oddelegowanie na miejsce startu, jak również wybitnej jednostce z wachlarzem szerokich usług - od survivalu po podlewanie kwiatków – Fredi – dzięki.



Lizbona. Tutaj zaczynamy i tutaj skończymy naszą 3 tygodniową przygodę. Do przejechania mamy kółko, mnóstwo miejsc do zobaczenia, do wchłonięcia, zapamiętania. Wszystko co chcemy zobaczyć jest niesamowicie rozstrzelone po kraju. Na tym etapie już wiemy, że będziemy szli na kompromisy. Coś za coś. Jak się później okaże za sprawą naszej karygodnej kondycji zawęzimy nieco kółeczko. Ta kraina to marzenie maniaków podjazdów. Wielokilometrowe, o różnych nachyleniach podjazdy stanowiły codzienny rytuał. Każdym rankiem celebrowaliśmy śniadanie, długo i skrupulatnie żuliśmy każdy kęs, wszystko po to aby mieć więcej siły. Zresztą kogo my oszukujemy…– robiliśmy tak aby odwlec w czasie czekające nas tortury. Zupełnie jak w Albanii, to szaleństwo nie miało końca.



A jakie wrażenia po stolicy? Dobre. Oczywiście poruszanie się rowerem objuczonym niczym himalajski jak wśród porcji świeżutkich spalin i stresu zakorkowanych ulic jest ogromnie pochłaniającym energię zajęciem.  Trzeba było przywyknąć. Lizbona w przeciwieństwie do Porto żyje nocą. Posiada wiele fascynujących miejscówek. Dwa piękne mosty robią wrażenie swoimi gabarytami. Ten o nazwie Vasco da Gama jest najdłuższy w Europie - ponad 17 km, ale to ten drugi, mniejszy, nazwany „25 kwietnia” jest zjawiskowy, monumentalny, wprawiający w osłupienie zupełnie jak w San Francisco…., w którym nie byliśmy. Rzeka Tag cudownie szeroka. Niedaleko centrum, znajduje się wielki górzysty park Florestal de Monsanto z przystosowanymi trasami zjazdowymi typu single track – lizbońscy fani enduro nie muszą daleko jechać po odrobinę relaksu. Mieliśmy okazję częścią tych tras przejechać, niestety z sakwami, także licha impreza. Nowa część miasta, odbudowana praktycznie od zera po trzęsieniu ziemi sprawia wrażenie totalnie i z premedytacją przystosowanej dla turystów. Każda ulica to zagłębienie knajp i wkurzających nagabujących kelnerów, co na siłę nawet po polsku próbują mówić.  Jeden portugalski hindus ma żonę, która pochodzi z Mińska Mazowieckiego. Super. Już kupuję obiad u niego. Takie triki to męczarnia. Drugą najliczniejszą grupą nagabywaczy są dealerzy. Na każdym kroku po kilku. Nigdzie nie spotkaliśmy takiej masy młodych gości, którzy bez jakiejkolwiek przyczajki atakują każdego…, kurczę, ale grzecznie.

-Coca?
-Hash?
-You smoke?
-No? Really?
-Ok, no problem.
-Nice bike…, nice trip. Bye

Zdecydowanie kelnerzy byli gorsi…


Wędrowaliśmy po lizbońskich ulicach, kluczyliśmy, szukaliśmy magnesów na lodówkę, a kiedy zmęczeni dotarliśmy nad brzeg Tagu odkryliśmy, że znajdujemy się obok najstarszej i nie zniszczonej przez kataklizm części miasta, dzielnicy Alfama. I to taką Lizbonę pamiętamy, totalnie magiczną. Alfama położona jest na wzgórzu, przez co wąskie uliczki co raz każą się wspinać i jednocześnie pozwalają odkrywać niesamowitą architekturę, a przeplatając się ze sobą tworzą klimatyczny labirynt. Miejsce gdzie w odległości 40 cm od spacerowicza często przemyka słynny, żółty tramwaj, gdzie muzyka Fado wydobywa się z prawie każdej knajpki, a kelnerzy krążący wokół są mili, nie natarczywi, kompletnie inni niż koledzy z sąsiedniej dzielnicy. Stanowczo mówimy „Nie” nowej części miasta, Alfama to Lizbona, Lizbona to Alfama.




Gdy przez pierwsze dni przemierzaliśmy wybrzeże w drodze do Porto dobitnie zauważa się koniec sezonu turystycznego. Dla nas to lepiej, bo tłumy odbierają energię i chęci, a tak wszystko tylko dla nas. Wszystkie kurorty zamknięte, hotele i domy puste, w oknach zasłonięte rolety, wymarłe ulice. Brakowało tylko melodii w tle jak z filmów o zombie. Apokaliptyczny klimat był dosłownie wszędzie. Mijaliśmy wsie gdzie żywej duszy nie spotkaliśmy. Gdzie są Ci wszyscy ludzie? Skoro na wybrzeżu takie pustkowie to co będzie na wschodzie kraju, gdzie się wybieramy, a gdzie żyje tylko 10% populacji Portugalii? Ta myśl przenikała umysły i generowała fantastyczny wypoczynek, w ciszy.





Pomimo tego, że wybrzeże jest bardzo wysokie to sporo po drodze zejść na liczne plaże. Patrząc na ocean z góry to  fale wyglądają jak w Bałtyku, malutkie. Ale po dotarciu na brzeg, z bliska widać ogrom fal, a jedyne co łączy Atlantyk z naszym morzem to temperatura wody. O tej porze to kostnica, więc tym bardziej z podziwem obserwowaliśmy masy taplających się surferów.


Jak przychodziła pora na prysznic to korzystaliśmy z licznej sieci campingów. Oczywiście najwięcej ich na wybrzeżu, w głębi kraju znacznie mniej. Ciekawostka - okazała większość była otwarta po sezonie, pomimo tego, że byliśmy jedynymi gośćmi, w dodatku na jedną noc. Campingi  mają  gwiazdki  jak  w  hotelach. Zabawne, że nijak  mają się one do jakości i oferty. Był taki z jedną a z klimatem jak w pięciu i odwrotnie.  A o co chodzi i dlaczego tak jest – tajemnica. Zresztą i tak najwięcej gwiazdek zawsze mają noclegi w naturze, na dziko. Są darmowe i zawsze z lepszymi widokami.

Mroźny poranek

Trzy pierwsze noclegi były jeszcze znośne, ale w miarę jak brnęliśmy na północ z każdym dniem odczuwało się to co miało nadejść nieuchronnie – no nie ma bata, WINTER IS COMING. To wtedy kiedy temperatura w nocy była bliska zeru, a my mieliśmy na sobie całą zawartość sakw, okazało się, że musimy odwiedzić najbliższy sklep, bo ciuchy to my mamy na lekkie tropiki a prognoza pogody w necie to ściema. Cała więc nasza strefa komfortu została zbudowana wokół niezachwianej nadziei na cieplejsze jutro, dłuższy dzień w słońcu… A miało być tak cacy i w ogóle.




Trzeba wspomnieć, że cacy to mieliśmy nocleg w lesie, a dokładnie w rezerwacie. Musieliśmy trochę kluczyć i udawać , że napotkany krajobraz wcale nas nie interesuje na nocleg. Wszystko po to, żeby tamtejsza straż leśna dała nam spokój. Trzykrotnie przy nas zwalniali autem, obserwowali co robimy. Widocznie ta okolica bryluje wśród entuzjastów spontanicznego rozkładania namiotu. Chłopaki z wypiekami na twarzy chronili zakazu biwakowania, ale do czasu. Albo nieskutecznie, albo po prostu nam odpuścili. Ściółka jaka się nam trafiła miała blisko 20 cm, a gęste drzewa chroniły przed mroźnym wiatrem. Gdyby nie spadające wciąż gałęzie i ogromne szyszki wokół, byłoby idealnie, choć i tak nie narzekaliśmy. To był najcieplejszy portugalski nocleg. Rozgogoleni w rozsuniętych do połowy śpiworkach delektowaliśmy się chwilą. Marzyliśmy aby trafił nam się jeszcze raz taki zacny las. Wraz z nocnym nasileniem wiatru wzrosły uderzenia w namiot gałęzi oraz wielgaśnych szyszek. To wtedy przebudziwszy się, oniemiałem – Malita spała w kasku. Do teraz nie wiem czy to był żart czy BHP (rankiem przyznała, że bała się galopującego łosia, ale to było o świcie, zaraz po przebudzeniu i przed śniadaniem, także wiecie…).





Kolejne noclegi na dziko może nie były takie ciepłe, ale warte zapamiętania i unoszenia głowy do góry w geście rozmarzenia.  Był na półce skalnej tuż przy oceanie ,na sympatycznej górce z widokiem na jezioro, w sadzie oliwnym z niedaleko pasącymi się bykami, a gdzie mieliśmy okazję spotkać tego dnia pierwszego człowieka, na dodatek na koniu -  okazała się nim polka Kaja, opiekująca się końmi na jednej z farm. Najbardziej bezczelny nocleg był obok fabryki i ścieżki, gdzie miejscowi uprawiali jogging. Niezapomniany również w spalonym gospodarstwie, między kamiennymi domami z majestatycznym, największym pomarańczowym księżycem jaki w życiu widzieliśmy. A że o tej porze roku w tej części globu właśnie taki jest, nie mieliśmy wątpliwości, iż to nie była projekcja naszych umysłów po lokalnym piwie, rybce i fasolce z puszki.




Widok na Monsanto


W drodze mieliśmy okazję podziwiać osławione Azulejos - malowane kafle na domach. Co dom to nowe wyzwanie wzrokowe. Niektóre elewacje są tak zadziwiające, że wprawiają w zadumę. Styl zależy od regionu. Bardziej zadbane, wysmakowane i podkreślające tradycję znajdowały się na wybrzeżu. Domy wyłożone całe w kaflach lub malowane całe na biało z elementami niebieskimi, żółtymi. Blisko siebie osadzone z bardzo wąskimi uliczkami. Wszystko to miało jeden cel – uchronić się od słońca, wprowadzić więcej cienia. Natomiast te mniej urokliwe, sprawiające wrażenie mniej przemyślanych i wprowadzające element kiczu, festyniarstwa, znajdują się w głębi, na wschodzie. Ale jedno łączy nieodzownie, nie zależnie od położenia - obowiązkowa palma albo drzewka pomarańczy/mandarynek. Szczególnie te drugie były najczęstszym celem naszych zainteresowań. Osobiście na piedestał stawiamy drzewa owocowe, zawsze, always. A cytrusy, wiadomo, wyglądają i smakują bajecznie. Od razu do głowy wskoczyło wspomnienie z Albanii, choć tam w ogródkach przeważały drzewa granatów. A wszystkie nijakie tuje, jakimi lubią obstawiać się rodacy,  nie mają miejsca na naszym prywatnym podium.


Azulejos


Opustoszałe, betonowe place zabaw


Porto. Jeden wielki zabytek. Pełno, dosłowne zatrzęsienie, gdzie okiem spojrzeć to historia. Stare winiarnie, oszałamiająca ilość rynków, ryneczków, kościołów, katedr. Pełno charakterystycznych kamienic oraz zabytkowo-turystycznych  tramwajów, na których widok każdy wyciąga aparat. Jest to również zagłębienie wysokich, krętych uliczek. Portugalczycy mają zamiłowanie do labiryntów. Ze stolicą łączy je przede wszystkim jedno - mianowicie ilość dealerów na ulicach, z tą różnicą, że tutaj jeden z nich popisał się drugą profesją przewodnika  i polecił nam warte uwagi miejsce.  Wraz z zachodem słońca miasto zasypia. Prawdopodobnie sezon turystyczny rządzi się innymi prawami. A co ciekawe nawet dworce kolejowe są zamykane na noc, a otwierane parę minut przed pierwszym pociągiem. Porto kojarzyć nam się będzie również z zapachem pieczonych kasztanów. To tutaj spróbowaliśmy ich pierwszy raz. A to wspomnienie smaku wprowadza nas na bardzo lubiany temat.


Porto








Jedzenie. Krótka ballada o przyjemnościach. Przede wszystkim owoce. Owszem, koniec listopada warunkuje pewną dostępność, świeżość i ceny, ale pomimo to udaje się zwęszyć co lepsze okazje i sztuki. Portugalia to także przepyszne pieczywo, wypieki. Popularne babeczki z kremem -  idealne do kawy, która króluje w całym kraju. Bacalhau czyli suszony, solony dorsz. Nie ma sklepu bez dorsza. To ichnia wizytówka i tradycyjne danie, stąd stosy w każdym sklepie. Kultura picia zupełnie inna. Próżno szukać piwa w butelkach 0,5l albo ulubionych wódek, to naprawdę rzadkość. Jeśli już znajdziesz butelkę jednostkową to zawsze 0,3l, ale najczęściej kupuje się w zgrzewkach. W każdą wolną przestrzeń na półce ustawia się szeroki wybór win, a atrakcyjne ceny nie pozwalają przejść obojętnie.


Tradycyjny dorsz Bacalhau


Mocy przybywaj! - owsianka

W końcu udaje nam się posmakować  portugalskiego PKP. Warto nadmienić, że w krajach, w których się znajdujemy jeździmy koleją również po to aby móc z pełną surowością oceniać i porównywać ichnie warunki do warunków polskich. Sieć kolei w Portugalii jest słabo rozbudowana na rzecz połączeń autokarowych. Przekonaliśmy się, że tylko nieliczna grupa osobowych, krótkodystansowych pociągów może zabierać rowery. Pośpieszne nie mają takiej opcji. Nie warto więc budować sobie planów podróży z uwzględnieniem szybszego przemieszczania się.  Całkowicie inaczej sprawa się ma z autokarami. Tutaj sobie pofolgowali i wysyłają busy w każdy zakątek kraju. I bardzo dobrze, ponieważ by zdążyć na samolot powrotny nie omieszkaliśmy umieścić naszych szanownych czterech liter w takowym środku transportu. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że w Polsce jest całkiem nieźle. Owszem, może nie dotrzemy wszędzie bez przesiadek, ale zabieranie rowerów nie jest żadnym kłopotem. Wygrywamy 1:0. A skoro już porównujemy… Ulice. No tutaj przewagi nie mamy. Na poboczach nie ma pofalowanej nawierzchni, dziur i można bezpiecznie śmigać. W Polsce jest różnie, cykliści wiedzą o co chodzi. Wymijanie dziur, kolein często naraża nas na spotkanie z autem jadącym z tyłu.


Dąb korkowy



Prawdziwą zgrozą sakwiarzy są kocie łby, oczywiście na bezdrożach, z dala od głównych tras.  Ale co się dziwić, są to typowo rzymskie naleciałości i jeśli zgłębić temat wieku danej drogi, wyboje stają się jakby mniej dokuczliwe. Pamiętamy sytuację jak przez 20 km tłukliśmy się taką drogą, a na której poznaliśmy parę sakwiarzy z Niemiec, która najechała z naprzeciwka (trzeci miesiąc w podróży, 6000 tys. km w nogach). Pytając się wzajemnie czy długo jeszcze ten koszmar się ciągnie, żadna ze stron nie była ukontentowana odpowiedzią.
Skoro o spotkanych sakwiarzach mowa, musimy wspomnieć również o parze francuzów i trójce panów, z Tunezji i Danii. Ci pierwsi zrobili na nas niesamowite wrażenie. Dawno przestali przejmować się wyglądem zewnętrznym. Byli w podróży od pół roku, Portugalia kończyła ich przygodę. Ale największy respekt wzbudzała wielkość ich bagażu. Oj byli obładowani, oj byli. W podróż wzięli również swoje dwa psy husky. Gdy nie biegną, spędzają czas w ciągniętych przez nich przyczepkach. Francuzi nie wyglądali na siłaczy, a dźwigali cały ten bajzel. Patrząc na nich było nam wstyd, że czasami nie mamy siły wciągać naszych, nie małych już, bagaży pod górę. 
Pozytywne spotkanie było również z Tunezyjczykiem, który też parę miesięcy pedałował, a w swojej drodze dołączył do dwóch poznanych Duńczyków, którzy wybierali się jeszcze do Brazylii. No i tak sobie ludzie jeżdżą, bez limitu czasu, bez pośpiechu, nic nie goni, nie ściga…,a tymczasem my wracamy do swojego kółeczka po Portugalii.





Monsanto. Tajemnicze miejsce na obrzeżach czasu, gdzie nie dosięga wrzask, łomot, rumor i inne hałaśliwe epitety. Miejsce z historią, zdecydowana perełka na mapie. Niewielka XII-wieczna wieś z resztkami zamku na szczycie (około 800 m n.p.m.) Dziś miejsce mocno turystyczne, aczkolwiek teraz  raptem dwóch odwiedzających. Reszta to pustka, przestrzeń i niesamowita harmonia cywilizacji z naturą. Jedno z tych miejsc  gdzie ładujemy nasze akumulatory, wcinamy  świeże granaty,  podniecamy się widokami jak dzieci w dziale z zabawkami i nigdzie się nie śpieszymy. Odczuwa się tutaj wyjątkową atmosferę, nic tu nie przytłacza, no może poza gigantycznymi skałami na dachach.


Monsanto






Wśród pełnej gamy zjazdów trafiliśmy na średnie równiny, do krainy zwanej Alentejo, potocznie ochrzczonej Toskanią Portugalii. Miało być odurzające piękno. Nastawieni na obcowanie z przyrodą dostaliśmy pozagradzane plantacje. Piękno jest, ale rzadko można trafić na miejsce otwarte publicznie. Ogromne pola, sady drzew oliwnych i dębów korkowych, bujne lasy, wszystko zagrodzone mniejszymi bądź większymi siatkami, zasiekami, często drutami kolczastymi. I cisza… Mieszkańcy zabarykadowani w domach.  Bardzo, ale to bardzo sporadycznie kończyli zbierać oliwki z drzew. Zostają nam krowy, byki, kozy  jak i setki owiec z dzwonkami. Tutaj każda ma swój dzwonek i nie boi się go użyć. Oglądaliście film „Młodość”? Pamiętacie jak Fred w fenomenalnej scenie dyrygował stadem pasących się krów? My pamiętamy i odtwarzamy na żywo. Muzyka dla naszych uszu. W sumie to dobrze, że nie ma ludzi….










3 komentarze:

  1. Początek opowieści nie wróżył smakowitości (podobnie jak milcząca po urlopie M.) a tu proszę...bardzo smacznie!! Do tego nasze magiczne Monsanto - miło widzieć to miejsce wciąż nietknięte współczesnością...
    Super wyprawa, super opowieść. Warto było tę Zołzę na trzy tygodnie z roboty wypuścić :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Komplement z Twoich ust to inspiracja i zachęta do dalszych wypraw, dzięki wielkie. Może kiedyś pokonamy samych siebie i choć trochę zbliżymy się do Twoich ulubionych wojaży zimą i nocowania w namiocie podczas mrozów. Chociaż szczerze, nie wiem czy tak wysoką poprzeczkę da się przeskoczyć! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mi ta opowieść w ogóle się nie podoba.Można było napisać o wiele lepszą.

    OdpowiedzUsuń