WĘGRY 2014



Plan wycieczki rodził się w bólach, zawsze lepiej było  pogadać niż zaplanować porządnie wyprawę rowerową, na szczęście wiedzieliśmy że jedziemy a to już coś. Bilet na pociąg z Warszawy do Budapesztu  kosztował na głowę około 160 zł, promocja! Niestety jedyny pociąg odjeżdża o 10.00 rano czyli na miejscu jesteśmy o 21.00. Co potem..?
Pojeździliśmy Budapesztem nocą. Na wstępie trafiamy do przydrożnego pysznego kebaba, gdzie kierownik baru dawał cenne wskazówki przetrwania nocy w mieście. Jego życiowa maksyma brzmi: „Gypsy, Rom! Fuck You!” …a za barem Rom… No to poradził.


BUDAPESZT ZE SMARTFONKA NOCĄ
O 1 nad ranem wyłączają światło na rządowych budynkach i kilku mostach, nie zdążyliśmy nawet zrobić zdjęcia, zabrakło 30 sekund. Potem kilka fajnych miejsc jest naszych, ale im dalej w noc to spać się chce niemiłosiernie. Przeglądając rozkłady jazdy przychodzi rozwiązanie nocnej tułaczki. Pociągiem na Balaton? Dlaczego nie, pociąg o 4 nad ranem. Balaton jest super, lądujemy w Siofok, fajne uczucie byczenie się i nikt nawet nie chce nam zabrać cennych pampersów z sakwy, do czasu jak się okazuje. Nocleg tuż przy promenadzie to nie jest nasz najlepszy pomysł ale zmęczeni byliśmy. Rowery przy drzewach, my pod nimi i tylko czujne oko pozwoliło na uniknięcie strat.



BALATON - SIOFOK

Wracajmy do podróżowania na rowerze. Wracamy pociągiem do Budapesztu a stąd jazzzzzda. Pampers na dupę, koszulka, filtr ponieważ ciepło jak w saunie, rękawiczki hehe, możemy ruszać. A tu górki, raz w dół, potem ostro w  górę itd., itp. Wyznaczona trasa na Esztergom, Visegrad i pierwszy kemping. Następnego dnia przepływamy Dunaj promem. Podróż w upale i górki, ciągłe podjazdy, każdy podjazd ma nazwę nie różniącą się zasadniczo od siebie albo „o kurwa” albo „ja pierdolę”. Ciekawe jest to, że każdy zakręt ma w sobie obietnicę że będzie zjazd ale nie tym razem, finał jest wtedy kiedy my już nie mamy na niego wcale ochoty.


NIKT NIE WIE CO CHCIELIŚMY TU OSIĄGNĄĆ

Na Węgrzech zawsze można liczyć na pomoc gospodarzy. Pierwszy napotkany zaproponował nam wodę, ale że akurat tej mieliśmy pod dostatkiem w bidonach to następna propozycja brzmiała „SZNAPS?”. Dwukrotny strzał domowych wynalazków przyspieszył poszukiwaniom noclegu na dziko.

SZNAPS

Kolejny nocleg jest więc gratis. Pobudka o 4 czy 5 zasadniczo nie miała znaczenia, jedziemy pełni energii do śniadania na przystanku, a tutaj uczymy się poprawnej wymowy kilku miejscowości ku uciesze ludzi czekających na swój autobus… Język ni w ząb nie chce wejść nam do gardeł. Pozostaje angielski, niemiecki i kulawy migowy (czyt. szczery uśmiech).
Wzniesienia, pola słoneczników, piękne górki naszymi Bieszczadami, jedzie się świetnie, w dobrym tempie, górki są wpisane w charakter tej wyprawy, a gdzieś czytaliśmy że Węgry to nudny płaski kraj, no cóż, zależy gdzie jedziesz. Tutaj nie ma takich uwag, jedziemy po płaskim ale jest i sinusoida asfaltowa, napawamy się widokami i fotografujemy wspomnienia w głowie, dlaczego my nie mamy porządnego aparatu?



Eger. Kemping a w tym zaproszenie na degustację wina do XV wiecznej  piwniczki, o tak! Korzystamy, a jakże. Kolejną winnicę znajdujemy za sprawą rodaków.  W piwnicy o numerze 17 kupujemy za 900 forintów 1.5 litra słodkiego wina w plastikowej butelce. Pijemy sobie i spacerujemy po Eger nocą, raczej nic nie widzieliśmy tyle że fajnie nam było.

ZACZYNAMY ZASŁUŻONY WYPOCZYNEK

ZARAZ PO WYJŚCIU Z PIWNICZKI WINNEJ
EGER I JEGO NAWIERZCHNIA NOCĄ
Jedziemy dalej do Miskolc, tym razem trasą - przeklęte zakazy drogowe nie pozwalają nam jechać, a my mamy swoje zasady i jedziemy, tym razem po płaskim w asyście wszelkich samochodów. Udrękę umilają napompowane do granic możliwości arbuzy, sporo stoisk przy drogach.

ARBUZOWE ELDORADO
Miskolc to urokliwe duże miasto (gdzie dla turystów nawet zamki budują...) ale park w Lillafüred to obietnica niezapomnianych widoków, pięknych krajobrazów, żadne nasze zdjęcie nie oddaje uroku tego miejsca, a my byliśmy jedynie w przedsionku parku. 


CZEGO SIĘ NIE ROBI DLA TURYSTÓW

MORDKI KIEPSKIE ZA TO LILLAFURED PIĘKNE
Następnego dnia żal ściska, że opuszczamy Lillafüred, ale urlop coraz krótszy… Zmierzamy w kierunku Koszyc na Słowacji. Dzisiaj jazda pod wiatr, z górki musieliśmy pedałować. O ironio!!! Żaden pampers tu nie pomoże. 






Zwiedzamy zamek Boldogko  i kierujemy się na Gonc, jednak nagle trasa tak fajnie się układa, że jeden z nas przejechał zaplanowany nocleg i jedziemy dalej. Kolejny zaplanowaliśmy w obiecanym przez mapę i znaki przy drodze kempingu Abaújvár. Ale tego tam nie ma!!! Spanko i sranko na dziko? Spoko, ale wieś zamieszkują praktycznie sami cyganie i zwyciężają nas uprzedzenia, szczególnie, że jakoś im źle z oczu patrzy. Takie mieliśmy wrażenie, przynajmniej na ten moment.  Mijaliśmy po drodze wielu i wniosek ciągle ten sam - wędrują gromadami i zwyczajnie zdaje się, że nie mają za wiele do roboty.
MAŁA PODWÓZKA POD GÓRKĘ PODNIOSŁA MORALE
Podczas próby zdobycia opuszczonego kempingu na ratunek przychodzi miejscowy. Trudno było się dogadać, migowy nie pomagał, ale jakoś poszło. Siatę swoich  zakupów wiesza na najbliższym płocie i prowadzi nas do jakiegoś miejsca przy kościele…, co za wzniesienia w drodze do tego kościoła, ulalalala. Już wiemy po co zostawił zakupy, miał wolne ręce aby kobiecie pomóc pchać rower pod górę, szczęściara (Marlenka). Docieramy na miejsce, ale nie możemy się rozbić na podwórku przy kaplicy ponieważ są spuszczane psy na noc, myślimy - czemu ich nie uwiązać? Tłumaczą nam, że psy na każdym podwórku na noc są spuszczane ze smyczy ponieważ nigdy nie wiadomo, kto chce nas odwiedzić w nocy (czyżby Cyganie?). Dostajemy do dyspozycji cały dom, łóżko, kuchnię, łazienkę, a rowery w domu – przestroga gospodyni.

ŁUKASZ I JEGO CZESKA HULAJNOGA
Moment po zdobyciu miejscówki pojawia się  u nas gość na hulajnodze z sakwami, to ciekawostka. Okazuje się, że Łukasz, polak od małego mieszkający w Dortmundzie, jedzie z południa Węgier do Koszyc, rozmawiamy po polsku bo tak myślimy, spotkanie czysto irracjonalne. Zbieżne gusta, ciekawe historie, fantastyczne plany na przyszłość a wśród tych wypowiedzi MY, my razem, spotkanie na węgierskiej ziemi. Rano ruszamy na Koszyce razem, Łukasz bije rekord zjazdu z górki 46km/h, na hulajnodze!!!



Koszyce to już zabawa, dalej rozmawiamy po polsku z wszystkimi bo jesteśmy przecież Słowianami. Czekamy na pociąg z Koszyc do Bohumina. Jedziemy od 22 do 3 nad ranem. Jesteśmy bardzo punktualnie. Na stacji w Bohuminie ZOMBIE!!!! Starzy bywalcy dworca zainteresowani naszą obecnością nie dają odczuć że ich nie obchodzimy, zombie może zaatakuje ale nie dajemy im na to możliwości, spadamy o 4 nad ranem do Polski, do Rybnika. Łukasz chyba na skraju wyczerpania, wyciąga na swoim sprzęcie przeciętnie 20 km/h, wcześniej nie przekraczał 17 km/h.
W pół drogi skręcamy na posiłek do piekarni, nęceni wczesną godziną i świeżymi wypiekami. I tutaj niespodzianka, spotykamy „chytrą babę z Radomia”, widząc czworo uradowanych i kipiących entuzjazmem ludzi i naszą kapiącą ślinę na podłogę, postanowiła z wyrachowaniem spieprzyć nam dzień i pokazać, kto był pierwszy w kolejce. Ona!!! Wykupiła niedużą świeżo co pieczoną partię świeżych drożdżówek i z wyższością się oddaliła, zadowolona. A my… po ostatnim małym pączku i w drogę. Witaj Polsko!
W Rybniku zostawiamy Łukasza na stacji gdzie podąża dalej na Kraków a my po śniadaniu w pobliskim parku zbieramy się na Częstochowę, przed nami 150 km, trzeba się najeść, o śnie nie wspominając. W pociągu się nie udało, smród naszych skarpet skutecznie to uniemożliwił, choć z reguły powinien nas odurzyć. Znów, o ironio!!!  Po drodze złapał nas deszcz i błoga drzemka, która trwała magiczne 2.5h, przez co nie zdążyliśmy na ostatni pociąg. Nocleg na dworcu z bezdomnymi, czemu nie. Ochrona dworca co jakiś czas spycha wyciągniętych na ławkach ciosem pałką w żebra…, obudzeni zawczasu mieliśmy szczęście, kolega obok już szczęścia nie miał. Ciężka to była noc, ale wreszcie wsiadamy do pociągu i na tym kończy się nasz krótki 9 dniowy urlop… ale kolejna wyprawa już w planach…



2 komentarze:

  1. Uśmiałam się. Fajnie się Was czyta. Dawajcie więcej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak tylko będzie więcej nie omieszkamy wrzucić relację, zapewne najszybsza na wiosnę...:)

    OdpowiedzUsuń