IZERY, TATRY, KARKONOSZE 2016



Planowaliśmy dwa tygodnie szwendania się po górach… Mieliśmy zacząć w Tatrach by następnie kierować się na zachód, następnie w kierunku Czech gdzie ostatnie dni mieliśmy spędzić na rowerach. Cztery godziny przed wyjazdem anulowaliśmy kupione bilety i tego samego dnia zapakowaliśmy się w nocny pociąg w innym kierunku. Nadal nie znamy do końca przyczyny tej decyzji…

Góry Izerskie. Świeradów Zdrój. Nie pierwszy raz już. Ulubione miejsce zarówno niemieckich emerytów jak i fanów rowerowego enduro. Urlop zaczął się od potężnej burzy, gdzie o dziwo namiot przeżył i trzyma się do dzisiaj całkiem nieźle. Ale nie ma tego złego, ponieważ błoto na ścieżkach tylko podkręciło atmosferę. Znakomita odskocznia od etatu…




Po trzech dniach pedałowania, postanawiamy ruszyć dalej. Tym razem pieszo więc zapakowaliśmy zbędne rzeczy w paczkę i odesłaliśmy do domu. Lżejsi o parę kilo ruszamy czerwonym szlakiem Orłowicza. Mkniemy Izerami prosto w Karkonosze. Jeśli ktoś szczególnie preferuje kopalnie i bunkry to te szlaki są dla niego. Jeszcze tylko nocleg w przypadkowo znalezionym o zmroku schronisku, o podejrzanie brzmiącej nazwie Chatka Robaczka, gdzie współlokator mało nie umarł na bezdech podczas chrapania i już następnego dnia witamy się z ciut wyższymi górami. Ale nie o wysokości tutaj się rozchodzi. Karkonosze są piękne. Szczególnie gdy zejdzie się z głównego szlaku imponują różnorodnością. Tutaj prym wiedzie strona czeska. Zapada w pamięć również z innego powodu. Szlaki są bardziej wyludnione, więc to na plus, ale niestety niektóre zbyt zurbanizowane. Nasi sąsiedzi starają się dostać na każdy szczyt samochodem, również by następnie zjechać z niego hulajnogą. W tym celu budują drogi asfaltowe…. Kiedy z plecakiem drepczesz pod górę a za tobą trąbi nadjeżdżający samochód, w jednej chwili burzy to twój światopogląd.

 



W schronisku na Hali Szrenickiej barman zachęcał nas do odwiedzin pobliskiego, przedwojennego budynku niemieckiej straży granicznej oraz małego „jeziorka”, w którym to zimą bawi się w morsa. Jako, że świeżo wykąpani, w japoneczkach i z piwkiem w ręku nie pałaliśmy zachwytem nocnego spaceru to jednak perswazja naszego gospodarza była na tyle skuteczna, że po chwili już wędrowaliśmy w stronę wspomnianych dwóch miejsc. Jednym słowem sześciokilometrowy górski spacerek w klapkach zaliczony.



 

Dodatkową atrakcją schroniska było nocne rykowisko. We wrześniu, polecamy to miejsce wszystkim, którzy chcieliby tego doświadczyć. Nasi rogaci kumple podchodzili do budynku, praktycznie pod same okna i dawali najgłośniejszy koncert na jakim byliśmy (do tej pory to Rammstein był najgłośniejszy). Naliczyliśmy pięć dostojnych sztuk. Kilka godzin ryczały. Do świtu. Do bólu. Naszego i ich.







Uwaga, AGITKA! Podczas drogi nie da się przejść obojętnie obok zaatakowanych przez kornika lasów świerkowych, tak…tak…, tego samego, celebryty o złej sławie… Z dumą i nadzieją zauważamy tablice informujące o naturalnym procesie jaki mamy przed oczami - odrodzenia się lasu. Wśród powalonych i „zjedzonych” drzew wyrastają silne, młode świerki. Zaraz zaraz…, skąd takie tablice podczas gdy władza głosi inną teorię? Czyżby jakiś bunt? Tutaj paradoksalnie ciekawostka: kilka dni później, w jednym ze schronisk usłyszeliśmy, że minister zwolnił ponad 30 członków Rady Ochrony Przyrody, którzy krytykowali pomysł zwiększenia wycinki w Puszczy.

A każda jednaka myśl marna, każdy polityk to świnia czarna, 
Kolonia karna, osobowość autorytarna… – Kazik Staszewski, ciągle silny KNŻ

Podobne tablice z infografiką są również w Czechach, informują natomiast o zbyt szeroko idącej wycince lasów i skutkach z tym związanych. Brawo!




Odwiedziliśmy po drodze praktycznie wszystkie schroniska. Śmiało stwierdzamy, że sława Samotni nie jest wyssana z palca. Położenie wręcz bajkowe, klimat fantastyczny, grzaniec, pianino, pełnia, dobre towarzystwo. All inclusive.

Rankiem magia się kończy... Jako, że dzielimy pokój ze współorganizatorem zawodów Marszobiegu „Lawina” (start Śnieżka - meta Samotnia), uświadomił nas, że będą tu niebawem setki ludzi. Nie mylił się. Tłum wylewający się na szlak przekracza nasze zdolności społeczne i czujemy, że gdzieś trzeba uciekać. Nie spodziewaliśmy się, aż takiego obłożenia i zainteresowania zawodami.  



Górski spokój odnajdujemy dalej, klucząc co po mniejszych ścieżkach po czeskiej stronie. Znajdujemy Schronisko/Hotel Lucni bouda (1410 m n.p.m.) łącznie z manufakturą piwną. Od 2012 roku warzy się tutaj piwo. W Europie Środkowej to najwyżej położony browar. To miejsce ma niesamowitą historię, dla przykładu ok. 1830 roku znajdował się tutaj tajny warsztat gdzie fałszowano pieniądze (polecamy zielony szlak na prawo od browaru). 


Tymczasem szlak Orłowicza prowadzi dalej na wioski, w doliny… a tam nie chcemy. Konsternacja. Mrużenie oczu w geście skupienia myśli. Decyzja. Teleportujemy się w Tatry…
A w Tatrach jak to w Tatrach. Obłędnie. ..i gorąco. Trafiliśmy w pogodę.

Tatry Zachodnie. Schronisko na Chochołowskiej, po obejściu pobliskich szlaków, wieczorem czeka nas refleksja. Ktoś włączył tv a tam informacje o walkach ludzi o dostęp do wody pitnej. Problem w mediach dotyczy jednego regionu Indii i części Chin, natomiast w rzeczywistości to dużo większe obszary. Tylko czekać na wydarzenia rodem z Mad Maxa.

Będąc w tych górach nie mogliśmy pominąć najlepszego naszym zdaniem schroniska na Kondratowej. Ale coś się zmieniło... Dotychczas przy włączaniu czajnika gasło światło w sali. Nastawała niesamowita atmosfera. Niestety tym razem zasilanie zostało udoskonalone, efektu nie było. Na szczęście towarzystwo znowu dopisało...












Kasprowy. Przechodzimy bokiem, przynajmniej próbujemy, ale tej masy ludzi z kolejki nie da się do końca uniknąć. Legendą już obrosły wymyślne stroje turystów z Kasprowego, co organoleptycznie niestety potwierdzamy. Pani ze skórzaną torebką na ramieniu, w bucie na obcasie, a za nią mąż w lakierkach mijający nas na wąskim przejściu to pikuś. Takich ciekawostek jest dużo więcej. Niektórzy sprawiają wrażenie jakby przypadkiem weszli do wagonika. Przemykając slalomem, słysząc gdzieś przypadkiem przewodnika wycieczki, który opowiada tysięczny raz ten sam żart, trafiamy na rozmowę kilku osób przed nami. Szybko poprawili nam humor.

-Następnym razem wejdziemy na Kasprowy z buta.
-Po co!? Ochujałeś?
-No wiesz, taki „czelendż”







Zostaliśmy z tym czelendżem na resztę dnia… Ale to wszystko jest nieważne. Ważne jest to, że tym razem mieliśmy wyjątkowe szczęście do zwierząt. I to nie do miliona komarów jak w Puszczy Białowieskiej. Mnóstwo ryczących jeleni na wyciągnięcie ręki, kozice, drapieżnik "orłopodobny" latający kilka metrów na głowami i ten najważniejszy…niedźwiedź! Misio wcinający jagody jak w transie. Nie zwracał uwagi na obserwujących go ludzi…i bardzo dobrze, na szczęście…















0 komentarze:

Prześlij komentarz