Gorce, Tatry 2017


“Droga. Tak długo w moim umyśle droga była niekwestionowanym symbolem podróży, przygody i ucieczki, ale tak naprawdę to przecież nędzna metafora. Droga to tunel narzucający linearność - linearne idee, linearny czas. Oferuje wygodę i ułatwienia, ale zabiera wszystko, czego moglibyśmy się nauczyć, gdybyśmy tylko zdobyli się na ciekawość i znaleźli czas, by ją opuścić”.
~ Dan Kieran

Wrzesień od przynajmniej dwóch lat zawsze mieliśmy udany. Mam na myśli pogodę. Zjebało się. To najlepszy epitet. Deszcz i śnieg, ale wyjścia nie ma, co postanowione musi się odbyć.  Z Chabówki, przez Rabkę Zdrój prosto w Gorce. Lubimy pustki a pogoda odstraszyła znaczną część przybyszów. Na szczycie Turbacza jedynie 3 osoby prócz nas, a w schronisku, dużym schronisku, jedynymi gośćmi jesteśmy my…  Przy tej ciszy liczyliśmy na idealne warunki do nasłuchiwania rykowiska. Rok temu to była gratka, ale nie tym razem…cisza… Porykiwania za to mieliśmy następnego dnia kiedy znaleźliśmy świeżutkie ślady niedźwiedzia, które przecinały co chwilę nasz szlak… Przyznajemy, spięliśmy pośladki. Ostatni raz miśka podziwialiśmy w Tatrach z dużej odległości, jak wpierdzielał jagody. Tym razem, jesteśmy pewni, że krąży gdzieś przed nami. Trzeba strach schować do kieszeni i robić to w czym jesteśmy najlepsi…, głośno gadać, tak aby misiek nie czuł się zaskoczony naszą wizytą… Chyba zadziałało… Natknęliśmy się również na ślady wilków, niestety nie mieliśmy szczęścia ich dostrzec. Okazało się potem, że nasz szlak to we wrześniu co roczne miejsce pielgrzymek wspomnianych zwierząt w poszukiwaniu nowych siedlisk.






Aby  dojść do schroniska na Turbaczu „trzeba” minąć dwa poprzednie schroniska, usytuowane w śmiesznie bliskiej odległości od siebie. Ani to zabieg marketingowy, ani turystyczny, a tym bardziej pomocny, który nie spełnia swej roli. Po Turbaczu pustka a górek jeszcze sporo. Kompletna pomyłka. Nocujemy we wsi Studzionki, w prywatnej noclegowni, przez jakiś czas z czyimś praniem nad głową. Następny dzień to droga na Lubań. Mleko wszędzie. Ze szczytu gdzie mogliśmy podziwiać Tatry, podziwiamy jedynie dwa metry widoczności przed sobą… Ale jest dobra strona tej sytuacji. Przez 7 godzin marszu nie spotkaliśmy żywej duszy.
Udajemy się w Pieniny, Krościenko nad Dunajcem. Uzupełniamy braki w wyżywieniu w miejscowej knajpie i stosujemy błogie opierdalanie się. Deszcz zwiększa swoją siłę więc zostajemy ale nie na długo. Pieniny znamy, lubimy, ale po okolicznych schroniskach nie chcemy chodzić. To mekka turystów zjeżdżających na obiad, umiejscowione blisko dróg dojazdowych i na niskich wysokościach. Rezygnujemy.










Busikiem śmigamy w Tatry i po godzinie jesteśmy na miejscu. W deszczu. Ale idziemy. Ludzi mało. Pięknie. Idziemy tam, gdzie nam zawsze najlepiej. Na Kondratową. To schronisko to prywatny numer jeden jeśli chodzi o klimat. Położenie nie idealne, ale klimat nie zastąpiony. Przez swoje rozmiary stanowi świetną integrację z każdym odwiedzającym. Tylko pracownicy się zmienili….brakuje czarnego humoru zza baru…
W oddali na horyzoncie przebija się wizja jutrzejszego dnia…Śnieg na szczytach. I wszystko byłoby pięknie gdybyśmy nie trafili w kiepską pogodę. Na szczytach nic poza białą ścianą nie widać, do tego mocny wiatr i deszcz skutecznie zniechęcają do dalszego kontemplowania. I tak z dużym niesmakiem udajemy się na Ornak. A tam, niespodzianka, koncert i prelekcja o lasach plus darmowy napitek z posiłkiem. Nie ma tego złego co na dobre nie wyjdzie…
Kolejne dni to bujanie się standardowo od schroniska do schroniska i próbowanie swoich sił w śniegu po kolana. Było warto!






1 komentarze: